Artezja, 30-09-1839

Ropuszak uszaty
Auribufus fungifer

…Osobnik ten zrazu wziąłem za ropuchę, lecz oględziny wykazały cechy, których u ropuchy poczciwej spodziewać by się nie można. Przede wszystkim posiada on uszy wyraźnie rozwinięte, niemal ssacze, co stawia go w położeniu taksonomicznie niezręcznym, a mnie — w poznawczym.

Grzbiet oraz boki okazu porastają drobne grzyby, przy czym nie wyglądają one na narośl przypadkową. Przeciwnie — zdają się żyć z gospodarzem w osobliwej zgodzie. Podejrzewam, iż mam do czynienia nie z chorobą, lecz z formą współzależności.

Grzyby wyrastają przede wszystkim wzdłuż kręgosłupa oraz w zagłębieniach skóry, gdzie wilgoć utrzymuje się najdłużej. Nie zauważyłem, aby sprawiały stworzeniu jakikolwiek dyskomfort. Przeciwnie: przy próbie usunięcia jednego z owocników osobnik zareagował gwałtownym skurczem całego ciała i dźwiękiem, którego nie sposób przyrównać ani do rechotu, ani do pisku. Eksperymentu nie powtórzyłem.

Okaz prowadzi życie przede wszystkim nocne. Za dnia pozostaje niemal nieruchomy, przysypany liśćmi i ściółką, przez co niezwykle łatwo pomylić go z omszałym kamieniem. O zmierzchu staje się jednak wyraźnie aktywniejszy. Przemieszcza się powoli, lecz z zadziwiającą pewnością, jak gdyby znał otoczenie znacznie lepiej, niż pozwalałby przypuszczać jego niewielki wzrok.

Najbardziej osobliwe zjawisko zaobserwowałem podczas deszczu. Wówczas grzyby pokrywające jego ciało rozwijają się, a z ich kapeluszy unosi się delikatna mgiełka zarodników. Sam gospodarz pozostaje w tym czasie nieruchomy i wydaje się wręcz zadowolony. Możliwe więc, że zwierzę służy grzybom za środek transportu, one zaś zapewniają mu ochronę, kamuflaż lub coś, czego jeszcze nie potrafię określić.

Miejscowi twierdzą, że podobne stworzenia pojawiają się jedynie w najstarszych częściach lasu, tam gdzie ziemia pozostaje wilgotna nawet podczas największych upałów. Opowiadają również, że tam, gdzie stworzenie spędzi noc, kilka dni później wyrasta krąg drobnych grzybów.

Naturalnie uznałbym tę ostatnią informację za ludowy zabobon.

Gdyby nie fakt, że dziś rano taki właśnie krąg znalazłem wokół własnego namiotu.

Artezja, 27-09-1839

Gąsiennik amanitowy
Erucarius amanitophorus

Natrafiłem dziś na stworzenie, które zrazu wziąłem za gąsienicę. Byłoby to rozpoznanie zupełnie rozsądne, gdyby rzeczona gąsienica nie była rozmiarów małego psa i nie spoglądała na mnie z wyraźnym zniecierpliwieniem.

Budową rzeczywiście przypomina larwy znanych mi owadów: ciało ma miękkie, segmentowane i wyposażone w szereg krótkich odnóży. Nie znalazłem jednak dotąd ani jednego śladu kokonu, poczwarki czy formy dorosłej. Coraz bardziej skłaniam się więc ku przypuszczeniu, że Gąsiennik amanitowy nigdy nie przechodzi przepoczwarczenia, lecz pozostaje w tej osobliwej, larwalnej postaci przez całe życie. Jeśli tak jest, natura stworzyła tu owada, który zwyczajnie odmówił dalszego rozwoju i najwyraźniej świetnie sobie z tą decyzją radzi.

Najbardziej charakterystyczny pozostaje jednak kapelusz amanity, który niemal każdy obserwowany przeze mnie osobnik nosił na grzbiecie. Nie jest on częścią ciała. Przekonałem się o tym, kiedy jeden z gąsienników zgubił swój kapelusz podczas przeciskania się pomiędzy skałami, po czym zawrócił i z wielkim namaszczeniem umieścił go z powrotem na właściwym miejscu.

Funkcja tego zwyczaju pozostaje niejasna. Kapelusz może chronić przed drapieżnikami, pełnić rolę kamuflażu, pomagać w utrzymaniu wilgoci albo wskazywać pozycję osobnika w stadzie. Istnieje również możliwość piąta: że gąsienniki po prostu uważają, iż bez kapelusza wyglądają głupio.

Próbowałem jeden zdjąć do badań.

Gąsiennik natychmiast usiadł.

Nie wiedziałem wcześniej, że owad może usiąść w sposób tak demonstracyjny.

Kapelusz pozostawiłem na miejscu.

Artezja, 26-09-1839

Nie przypuszczałem dotąd, by w tych głębinach żyło cokolwiek choćby zbliżonego do żółwia.

Warunki zdają się temu przeczyć niemal złośliwie. Brak słońca, osobliwy klimat, wilgoć o zmiennym charakterze, a do tego podłoże, które miejscami jest miękkie jak mech, a kilka kroków dalej twarde niczym kamień. Wszystko to składa się na środowisko, w którym rozsądny żółw, o ile można żółwia posądzać o rozsądek, nie powinien czuć się szczególnie mile widziany.

A jednak dziś natrafiłem na okaz, który zmusza mnie do ponownego rozważenia bardzo wielu rzeczy.

Nadałem mu roboczą nazwę Duplicarapax profundus.

Po polsku: Dwupancerz głębinowy.

Stworzenie porusza się powoli, lecz z zadziwiającą pewnością siebie. Nie jest to jednak ociężałość wynikająca z niezgrabności. Przeciwnie. Każdy krok wygląda tak, jakby został wcześniej dokładnie przemyślany. Dwupancerz nie spieszy się po prostu dlatego, że najwyraźniej nie widzi żadnego powodu, dla którego świat miałby wymagać od niego pośpiechu.

Najbardziej osobliwą cechą jest oczywiście drugi pancerz.

Nie jest to zgrubienie ani narośl, lecz wyraźnie odrębna struktura wyrastająca nad zasadniczym pancerzem. W pierwszej chwili sądziłem, że mam do czynienia z deformacją. Później z pasożytem. Następnie z młodym osobnikiem siedzącym na grzbiecie rodzica.

Po godzinie obserwacji musiałem odrzucić wszystkie trzy hipotezy.

Górny pancerz należy do tego samego zwierzęcia.

Po co?

Tego na razie nie wiem.

Możliwe, że pełni funkcję ochronną, choć pomysł natury polegający na zabezpieczeniu pancerza dodatkowym pancerzem wydaje mi się nieco przesadny. Z drugiej jednak strony natura nigdy nie pytała mnie o zdanie, a gdyby pytała, kilka gatunków owadów wyglądałoby dziś zdecydowanie skromniej.

Przyjrzałem się powierzchni obu pancerzy. Na płytkach widoczne są koncentryczne wzory przypominające słoje drewna. Nie wiem jeszcze, czy odpowiadają wiekowi osobnika. Jeżeli tak, okaz jest albo bardzo stary, albo wyjątkowo niechlujny w prowadzeniu dokumentacji własnego wzrostu.

Temperatura jego ciała była wyższa od temperatury otoczenia.

To odkrycie jest dla mnie szczególnie interesujące.

Nie potrafię bowiem ustalić, skąd czerpie ciepło. Nie widziałem go przy żadnym znanym mi źródle termalnym. Nie wykazuje również zainteresowania miejscami cieplejszymi. Wręcz przeciwnie, większość czasu spędzał na chłodnym, wilgotnym podłożu.

Możliwe, że zachodzą w jego organizmie procesy, których jeszcze nie rozumiem.

Możliwe też, że coś znajduje się pod drugim pancerzem.

Ta druga możliwość przyszła mi do głowy dopiero później.

Nie zamierzam sprawdzać jej pochopnie.

Próbowałem natomiast ustalić, czym się żywi. Pozostawiłem mu kilka znalezionych w pobliżu grzybów, korzenie, fragment mchu oraz kawałek suchego prowiantu z własnych zapasów.

Grzyby zignorował.

Korzenie zignorował.

Mech zignorował.

Mój prowiant obejrzał bardzo dokładnie, po czym spojrzał na mnie w sposób, który odebrałem jako osobistą uwagę na temat jakości mojej kuchni.

Muszę przyznać, że nie byłoby to zupełnie bezpodstawne.

Najbardziej niepokojące jest jednak jego zachowanie wobec mnie.

Od chwili, gdy się spotkaliśmy, mam wrażenie, że to nie ja obserwuję jego.

To on obserwuje mnie.

Kiedy przesuwam się w bok, porusza głową. Kiedy zapisuję notatki, patrzy na zeszyt. Kiedy odejdę na kilka kroków, rusza powoli za mną i zatrzymuje się dokładnie wtedy, gdy się odwrócę.

Nie atakuje.

Nie ucieka.

Po prostu jest.

I patrzy.

Zacząłem nawet podejrzewać, że mój dzisiejszy wpis może być pierwszym w historii przypadkiem, kiedy badacz sporządza dokumentację stworzenia, które w tym samym czasie sporządza dokumentację badacza.

Na razie pozostawiłem Dwupancerza w spokoju.

On najwyraźniej podjął odwrotną decyzję.

Od dwóch godzin siedzi kilka metrów od namiotu.

Czeka.

Nie wiem na co.

Mam jednak dziwne przeczucie, że on wie.

Artezja, 22-09-1839

Drewno artezyjskie na pierwszy rzut oka nie przedstawia niczego szczególnie godnego uwagi. Pień jak pień, kora jak kora, człowiek przez chwilę czuje nawet ulgę, że w tej krainie istnieje coś, co nie próbuje go ugryźć, otruć ani wejść mu do buta.

Dopiero po ścięciu i obróbce materiał zaczyna zdradzać swoją osobliwość.

Jest zadziwiająco twardy, a przy tym lekki. Pierwszą próbkę usiłowałem przeciąć zwykłą piłą. Po kwadransie drewno pozostawało w stanie niemal nienaruszonym, za to piła wyraźnie straciła zapał do dalszych badań. Drugie podejście, z użyciem lepszych narzędzi, przyniosło już rezultat oraz kilka nowych słów, których nie zamierzam włączać do oficjalnej nomenklatury naukowej.

Najciekawsze są jednak słoje.

Nie układają się one regularnie, jak u znanych mi gatunków. Tworzą wiry, rozgałęzienia, zamknięte kręgi, a niekiedy wzory tak osobliwe, że przez pewien czas podejrzewałem miejscowych o celowe ich rzeźbienie. Podejrzenie to porzuciłem po znalezieniu identycznych struktur wewnątrz świeżo rozłupanego pnia.

Niektóre deski zdają się wręcz posiadać własne upodobania kompozycyjne.

Jedna z próbek po oszlifowaniu ukazała wzór przypominający oko. Odłożyłem ją natychmiast na bok. Człowiek nauki powinien zachować rozsądek, lecz człowiek nauki nie ma żadnego obowiązku pracować przy stole, który wygląda, jakby dokładnie wiedział, gdzie ten człowiek śpi.

Jeszcze ciekawszy okazał się zapach.

Nawet drewno pozyskane z drzew martwych od wielu lat wydziela po obróbce delikatną woń żywicy, wilgotnej ziemi i czegoś trudniejszego do określenia. Nie jest to zapach nieprzyjemny. Przeciwnie. Przypomina nieco las po deszczu, choć w Artezji, rzecz jasna, ani deszcz, ani las nie zachowują się tak, jak powinny.

Miejscowi wykonują z tego drewna niewielkie naczynia, pudełka, uchwyty do narzędzi oraz przedmioty, których przeznaczenia nie udało mi się jeszcze ustalić. Jeden z nich dostałem w prezencie. Ma kształt płytkiej miseczki, trzy otwory od spodu i żadnej cechy sugerującej jakiekolwiek praktyczne zastosowanie.

Artezjanin, od którego go otrzymałem, zapewnił mnie jednak, że „przydaje się bardzo”.

Nie uzyskałem bardziej szczegółowego wyjaśnienia.

Zabrałem kilka próbek do dalszych badań. Wyłącznie w celach naukowych, rzecz jasna. Fakt, iż jedna z nich doskonale nadaje się na nowe pudełko na tytoń, jest okolicznością całkowicie niezależną.

Materiał oznaczam roboczo jako Lignum resiniferum arteziense.

Do czasu ustalenia, z jakiego właściwie drzewa pochodzi.

Albo czy w ogóle pochodzi z drzewa.

Artezja, 20-09-1839

Dziś natrafiłem na stworzenie osobliwe nawet jak na tutejsze warunki. Z pozoru przypomina jeża, choć na grzbiecie zamiast kolców nosi drugiego, znacznie mniejszego osobnika. Tymczasowo oznaczyłem gatunek jako Erinaceophorus geminatus, po polsku zaś pozwalam sobie na nazwę grzbietnik dwuosobny.

Nie zdołałem ustalić, czy mniejszy okaz jest młodym, stałym towarzyszem, pasożytem, czy też czymś w rodzaju dodatkowego organu wyposażonego, ku mojemu zdumieniu, we własny pysk i wyraźne poglądy. Próba rozdzielenia pary wywołała tak zgodne oburzenie obu stworzeń, iż uznałem dalsze doświadczenia za niepotrzebne dla nauki, a być może również dla zachowania wszystkich moich palców.

Większy osobnik posiada natomiast pojemną jamę wewnętrzną, w której gromadzi zapasy. Zajrzałem do środka jedynie pobieżnie. Dostrzegłem nasiona, fragmenty korzeni oraz coś, co mogło być suszonym grzybem albo bardzo starym kawałkiem skarpety.

Artezja, dnia 11-09-1839

…
po przebyciu znacznej części doliny, której dotąd nie znajduję oznaczonej na żadnej z posiadanych przeze mnie map — co może świadczyć o jej niezwykłej naturze albo o niezwykłej naturze kartografów — natrafiłem na ślady obecności istot rozumnych. Początkowo były to jedynie odciski stóp, pozostałości niewielkiego paleniska oraz osobliwe znaki wyryte na kamieniach. Jeden z nich przypominał mapę, drugi ostrzeżenie, a trzeci bardzo nieuprzejmą uwagę na temat mojej matki. Nie znając miejscowego pisma, nie mogłem rozstrzygnąć, który był który.

Nie minęła godzina, gdy ujrzałem pierwszego z miejscowych.

Postać jego była zbliżona do ludzkiej, jednak ponad czołem wyrastały dwa wyraźne, zakrzywione poroża. Były to rogi imponujące, praktyczne i zapewne bardzo kłopotliwe przy zakładaniu kapelusza. Wkrótce dostrzegłem dalszych osobników, pozostających w pewnym oddaleniu i obserwujących mnie spomiędzy drzew. Nie okazali wrogości, choć z pewnością byli świadomi mojej obecności. Ja również byłem świadomy ich obecności, co w tamtej chwili wydawało mi się rozsądnym początkiem wzajemnego szacunku.

Jeden z nich podszedł na odległość kilku kroków.

Przez dobre pięć minut nie uczynił nic.

Stał jedynie i przypatrywał mi się z uwagą tak wielką, iż zacząłem podejrzewać, że to nie ja prowadzę obserwację, lecz sam zostałem jej przedmiotem. Była to myśl nieprzyjemna, zwłaszcza że nie miałem pojęcia, czy w miejscowej kulturze przedmioty obserwowane otrzymują później herbatę, czy też są zjadane.

Następnie sięgnął ku ziemi, podniósł wielki kamień i podał mi go.

Kamień był ciężki, szary i zupełnie zwyczajny. Przyjąłem go z godnością człowieka, który nie wie, co właśnie dostał, lecz podejrzewa, że odmowa mogłaby zostać uznana za zniewagę, a może nawet za początek wojny.

Nie wiem, czy był to dar, znak powitania, ostrzeżenie, czy też przedmiot o znaczeniu, którego nie jestem jeszcze w stanie pojąć. Możliwe również, że miejscowy po prostu znalazł kamień i uznał, iż wyglądam na człowieka, który zbiera rzeczy bez wyraźnego powodu.

Kamień zachowałem.

Artezja, 15-09-1839

Artezja nader osobliwie obchodzi się z materią.

Im dłużej prowadzę tu badania, tym mniej jestem skłonny ufać temu, co na powierzchni zwykliśmy uważać za podstawowe właściwości rzeczy. Kamień powinien być ciężki. Drewno winno ustępować ostrzu. Koralowiec potrzebuje morza, a grzyb, jakkolwiek pożyteczny, nie powinien służyć za filiżankę.

Artezja najwyraźniej nie została o tym poinformowana.

Natrafiłem tu na kamień tak lekki, iż większy jego odłamek można bez trudu utrzymać jedną dłonią. Po oszlifowaniu miejscowi wyrabiają z niego kubki, misy oraz pojemniki do przechowywania żywności. Materiał zachowuje chłód przez wiele godzin, co samo w sobie zasługuje na dalsze badania.

Tutejsze drewno również nie zamierza stosować się do znanych mi prawideł. Niektóre jego odmiany po wysuszeniu stają się twarde niemal jak minerał, a przy tym nie tracą sprężystości. Widziałem z niego naczynia, sztućce, a nawet przedmioty służące do gotowania bezpośrednio nad ogniem.

Najbardziej jednak zdumiewają mnie koralowce. Rosną daleko od jakiegokolwiek zbiornika wodnego, niekiedy w szczelinach skalnych, i tworzą zwarte struktury przypominające porcelanę. Po odpowiedniej obróbce powstają z nich niezwykle cienkie czarki.

Są wreszcie grzyby.

Pewien ich gatunek, po wysuszeniu i sprasowaniu, daje materiał twardy, lekki i odporny na wilgoć. Miejscowi sporządzają z niego dzbany, kubki i naczynia podróżne. Początkowo odmawiałem używania ich przy posiłkach.

Obecnie posiadam trzy.

Widziałem kubki z kamienia, misy z drewna, czarki z koralowca i dzbany grzybowe. Są też przedmioty, których przeznaczenia, mimo usilnych badań, dotąd dociec nie zdołałem.

Piłem tedy z kamienia.
Jadłem z grzyba.

Ku memu własnemu zaniepokojeniu coraz mniej mnie to dziwi.

Prof. A. Dzban