Drewno artezyjskie na pierwszy rzut oka nie przedstawia niczego szczególnie godnego uwagi. Pień jak pień, kora jak kora, człowiek przez chwilę czuje nawet ulgę, że w tej krainie istnieje coś, co nie próbuje go ugryźć, otruć ani wejść mu do buta.
Dopiero po ścięciu i obróbce materiał zaczyna zdradzać swoją osobliwość.
Jest zadziwiająco twardy, a przy tym lekki. Pierwszą próbkę usiłowałem przeciąć zwykłą piłą. Po kwadransie drewno pozostawało w stanie niemal nienaruszonym, za to piła wyraźnie straciła zapał do dalszych badań. Drugie podejście, z użyciem lepszych narzędzi, przyniosło już rezultat oraz kilka nowych słów, których nie zamierzam włączać do oficjalnej nomenklatury naukowej.
Najciekawsze są jednak słoje.
Nie układają się one regularnie, jak u znanych mi gatunków. Tworzą wiry, rozgałęzienia, zamknięte kręgi, a niekiedy wzory tak osobliwe, że przez pewien czas podejrzewałem miejscowych o celowe ich rzeźbienie. Podejrzenie to porzuciłem po znalezieniu identycznych struktur wewnątrz świeżo rozłupanego pnia.
Niektóre deski zdają się wręcz posiadać własne upodobania kompozycyjne.
Jedna z próbek po oszlifowaniu ukazała wzór przypominający oko. Odłożyłem ją natychmiast na bok. Człowiek nauki powinien zachować rozsądek, lecz człowiek nauki nie ma żadnego obowiązku pracować przy stole, który wygląda, jakby dokładnie wiedział, gdzie ten człowiek śpi.
Jeszcze ciekawszy okazał się zapach.
Nawet drewno pozyskane z drzew martwych od wielu lat wydziela po obróbce delikatną woń żywicy, wilgotnej ziemi i czegoś trudniejszego do określenia. Nie jest to zapach nieprzyjemny. Przeciwnie. Przypomina nieco las po deszczu, choć w Artezji, rzecz jasna, ani deszcz, ani las nie zachowują się tak, jak powinny.
Miejscowi wykonują z tego drewna niewielkie naczynia, pudełka, uchwyty do narzędzi oraz przedmioty, których przeznaczenia nie udało mi się jeszcze ustalić. Jeden z nich dostałem w prezencie. Ma kształt płytkiej miseczki, trzy otwory od spodu i żadnej cechy sugerującej jakiekolwiek praktyczne zastosowanie.
Artezjanin, od którego go otrzymałem, zapewnił mnie jednak, że „przydaje się bardzo”.
Nie uzyskałem bardziej szczegółowego wyjaśnienia.
Zabrałem kilka próbek do dalszych badań. Wyłącznie w celach naukowych, rzecz jasna. Fakt, iż jedna z nich doskonale nadaje się na nowe pudełko na tytoń, jest okolicznością całkowicie niezależną.
Materiał oznaczam roboczo jako Lignum resiniferum arteziense.
Do czasu ustalenia, z jakiego właściwie drzewa pochodzi.
Albo czy w ogóle pochodzi z drzewa.







