Nie przypuszczałem dotąd, by w tych głębinach żyło cokolwiek choćby zbliżonego do żółwia.
Warunki zdają się temu przeczyć niemal złośliwie. Brak słońca, osobliwy klimat, wilgoć o zmiennym charakterze, a do tego podłoże, które miejscami jest miękkie jak mech, a kilka kroków dalej twarde niczym kamień. Wszystko to składa się na środowisko, w którym rozsądny żółw, o ile można żółwia posądzać o rozsądek, nie powinien czuć się szczególnie mile widziany.
A jednak dziś natrafiłem na okaz, który zmusza mnie do ponownego rozważenia bardzo wielu rzeczy.
Nadałem mu roboczą nazwę Duplicarapax profundus.
Po polsku: Dwupancerz głębinowy.
Stworzenie porusza się powoli, lecz z zadziwiającą pewnością siebie. Nie jest to jednak ociężałość wynikająca z niezgrabności. Przeciwnie. Każdy krok wygląda tak, jakby został wcześniej dokładnie przemyślany. Dwupancerz nie spieszy się po prostu dlatego, że najwyraźniej nie widzi żadnego powodu, dla którego świat miałby wymagać od niego pośpiechu.
Najbardziej osobliwą cechą jest oczywiście drugi pancerz.
Nie jest to zgrubienie ani narośl, lecz wyraźnie odrębna struktura wyrastająca nad zasadniczym pancerzem. W pierwszej chwili sądziłem, że mam do czynienia z deformacją. Później z pasożytem. Następnie z młodym osobnikiem siedzącym na grzbiecie rodzica.
Po godzinie obserwacji musiałem odrzucić wszystkie trzy hipotezy.
Górny pancerz należy do tego samego zwierzęcia.
Po co?
Tego na razie nie wiem.
Możliwe, że pełni funkcję ochronną, choć pomysł natury polegający na zabezpieczeniu pancerza dodatkowym pancerzem wydaje mi się nieco przesadny. Z drugiej jednak strony natura nigdy nie pytała mnie o zdanie, a gdyby pytała, kilka gatunków owadów wyglądałoby dziś zdecydowanie skromniej.
Przyjrzałem się powierzchni obu pancerzy. Na płytkach widoczne są koncentryczne wzory przypominające słoje drewna. Nie wiem jeszcze, czy odpowiadają wiekowi osobnika. Jeżeli tak, okaz jest albo bardzo stary, albo wyjątkowo niechlujny w prowadzeniu dokumentacji własnego wzrostu.
Temperatura jego ciała była wyższa od temperatury otoczenia.
To odkrycie jest dla mnie szczególnie interesujące.
Nie potrafię bowiem ustalić, skąd czerpie ciepło. Nie widziałem go przy żadnym znanym mi źródle termalnym. Nie wykazuje również zainteresowania miejscami cieplejszymi. Wręcz przeciwnie, większość czasu spędzał na chłodnym, wilgotnym podłożu.
Możliwe, że zachodzą w jego organizmie procesy, których jeszcze nie rozumiem.
Możliwe też, że coś znajduje się pod drugim pancerzem.
Ta druga możliwość przyszła mi do głowy dopiero później.
Nie zamierzam sprawdzać jej pochopnie.
Próbowałem natomiast ustalić, czym się żywi. Pozostawiłem mu kilka znalezionych w pobliżu grzybów, korzenie, fragment mchu oraz kawałek suchego prowiantu z własnych zapasów.
Grzyby zignorował.
Korzenie zignorował.
Mech zignorował.
Mój prowiant obejrzał bardzo dokładnie, po czym spojrzał na mnie w sposób, który odebrałem jako osobistą uwagę na temat jakości mojej kuchni.
Muszę przyznać, że nie byłoby to zupełnie bezpodstawne.
Najbardziej niepokojące jest jednak jego zachowanie wobec mnie.
Od chwili, gdy się spotkaliśmy, mam wrażenie, że to nie ja obserwuję jego.
To on obserwuje mnie.
Kiedy przesuwam się w bok, porusza głową. Kiedy zapisuję notatki, patrzy na zeszyt. Kiedy odejdę na kilka kroków, rusza powoli za mną i zatrzymuje się dokładnie wtedy, gdy się odwrócę.
Nie atakuje.
Nie ucieka.
Po prostu jest.
I patrzy.
Zacząłem nawet podejrzewać, że mój dzisiejszy wpis może być pierwszym w historii przypadkiem, kiedy badacz sporządza dokumentację stworzenia, które w tym samym czasie sporządza dokumentację badacza.
Na razie pozostawiłem Dwupancerza w spokoju.
On najwyraźniej podjął odwrotną decyzję.
Od dwóch godzin siedzi kilka metrów od namiotu.
Czeka.
Nie wiem na co.
Mam jednak dziwne przeczucie, że on wie.






